Jeden z największych mitów dotyczących pracy. Psycholog go obala. 41. "Kochaj swoją pracę, a nie przepracujesz ani jednego dnia" - taka "porada" często krąży w social media. Również O nas. Gabinet Kosmetyki Profesjonalnej Sylwia Kiełtyka to wyjątkowe miejsce w Goleniowie, które istnieje już od 8 lat. Jest stworzone dla osób ceniących sobie komfort, profesjonalizm, a przede wszystkim poszukujących zabiegów na wysokim, światowym poziomie. W gabinecie można zrelaksować się podczas zabiegów, ale również Karnawał trwa w najlepsze 睊 „Wybierz pracę, którą kochasz, a nigdy nie przepracujesz ani jednego dnia” ‼️ ️ Jeżeli robisz to, co kochasz - nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu" #rzeszów #rzeszow #rzeszowstolicainnowacji #mieszkaniaoddewelopera #rynekpierwotnyrzeszow #rynekpierwotnyrzeszów "Rób to co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu". Przypomniało mi się to zdanie, dziś rano, kiedy jechałam do labu odebrać Wasze kolejne Vay Tiền Trả Góp 24 Tháng. Code: 798/20 Availability: Spytaj o dostępność Price: zł Tell a friend Drewniana Tabliczka z napisem: " Rób To Co Kochasz A Nie Przepracujesz Ani Jednego Dnia W Swoim Życiu" Doskonały pomysł na prezent! Wymiary: 12,5x15 cm Recommended Rób to co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia! – znacie ten tekst? Powtarzają go jak mantrę wszyscy popularni blogerzy i youtuberzy. Jednocześnie podkreślają, że prowadzenie kanału lub bloga to naprawdę praca jak na pełen etat. W ludziach budzi to dużą ciekawość, szczególnie w odniesieniu do astronomicznych (takie plotki krążą) zarobków twórców internetowych. Pytają wprost: „Ile zarabiasz?”, a nawet jeśli nie pytają, snują niekończące się domysły i dywagacje w komentarzach. Czasem nawet … straszą policją skarbową. No to jak to jest z tymi zarobkami? To nie jest ‚prawdziwa’ praca! Temat niby przegadany tysiąc rady, a wciąż budzi emocje. Tak, jak pod ostatnim filmem Maxineczki, gdzie w ponad 400 komentarzach trwa dyskusja o tym, czy widz ma prawo wiedzieć, ile zarabia ulubiony youtuber, czym jest ‚prawdziwa’ praca i kto doświadcza większego stresu – zasięgowy bloger czy pracownik korporacji. Film pojawił się wczoraj późnym wieczorem i przyznam, że po lekturze komentarzy pod nim, miałam kłopot by spokojnie pójść spać. Jedna z widzek straszyła Maxi policją skarbową, kilka dopytywało o posiadane ubezpieczenie zdrowotne (!) i sposób rozliczeń z Urzędem Skarbowym (!!!), pojawiały się uwagi, że youtuberka nie wie, co to znaczy prawdziwa praca (jak rozumiem według jednej z widzek praca = etat). W wypowiedziach pozytywnych najczęściej pojawiały się uwagi, że skala zarobków to nie sprawa widzów, a najważniejsze jest, by robić co się kocha. Czemu nie wiecie, ile zarabia Maxi czy Maff? Nikt z komentujących nie wpadł na to, że przyczyny niepodawania zarobków mogą wynikać ze specyfiki pracy blogera, a nie chęci ukrycia tej części życia przed światem (choć to prawda – w Polsce nie mówi się otwarcie o zarobkach, nawet osoby pracujące latami w jednym biurze nie mają pojęcia, ile zarabia kolega przy sąsiednim stole). Żeby to zrozumieć, trzeba na takiego twórcę spojrzeć szerzej – jak na przedsiębiorcę albo freelancera. Blogerzy współpracują w oparciu umowy o dzieło, albo po prostu wystawiają faktury za konkretne działania (np. udział w reklamach, recenzje produktów, udział w eventach, przeprowadzanie szkoleń, pokazów, organizację konkursów itp), w związku z czym nie są tylko panami na własnym podwórku, ale muszą uszanować zasady panujące w firmach, z którymi współpracują. Co to oznacza w praktyce? Na przykład obowiązek zachowania poufności wynagrodzenia. Nie zrozumcie źle – nie chodzi o to, by się nie przyznawać, że jest współpraca (firmy tego wręcz wymagają), ale nie opowiadać ile firma za działania z blogerem zapłaciła. Jest to często zastrzegane w umowach (nawet pod groźbą kary finansowej za niedotrzymanie tajemnicy). Nie dlatego, żeby czytelników/widzów oszukać, nie dlatego, że youtuber nie ma ochoty się przyznać (o tym czy może nie mieć ochoty – za chwilę), ale dlatego, że jest to tajemnica firmy. Bo każda firma ma prawo by wielkość i podział jej wydatków na reklamę, strategia marketingowa, polityka PR, były znane tylko wykwalifikowanym pracownikom. A nie na przykład konkurencji. Czy macie prawo to wiedzieć? Z tego samego powodu skali zarobków może nie chcieć podawać bloger – w końcu także zarządzający swoją własną firmą. Współpracujący z różnymi markami i często każdą współpracę rozpatrujący indywidualnie. Trudno nie wpaść na to, że np. Maffashion inaczej zarabia za udział w kampanii Versace, niż pokazanie na blogu płaszcza młodej polskiej marki. Jak każdy właściciel firmy, także bloger ma prawo do negocjowania wynagrodzenia za wykonaną pracę. Bo przygotowanie sesji zdjęciowej, rzetelna recenzja porównawcza produktu, organizacja konkursu, napisanie artykułu czy nagranie filmu to przecież praca. A bloger czy youtuber działa trochę jak agencja reklamowa z tą różnicą, że sam sobie zleca zadania do wykonania (chyba, że ma to szczęście posiadać zespół pracowników, jak np. Macademian Girl czy Jessica Mercedes – wtedy z kolei pracuje by zadbać o utrzymanie rentowności firmy i zarobki także dla swoich pracowników). Już pomijam fakt, że tak jak każdy inny człowiek, także bloger może po prostu nie chcieć spowiadać się ile odprowadza podatku, co ma na koncie i jaki pakiet zdrowotny wykupił. Spójrzcie na Maxineczkę jako makijażystę-eksperta, na Abstrachuje jako internetowy program kabaretowy, blog Jemerced jako internetowy magazyn modowy – skoro fakt, że inni makijażyści, szkoleniowcy, artyści, redaktorzy pracują i dostają za pracę wynagrodzenie (o które nie pytacie!), to dlaczego twórca internetowy może robić to samo tylko jako hobby, non-profit i wyłącznie po godzinach (po tej ‚prawdziwej’ pracy)? Robię to co kocham. Really? Jest i druga strona medalu – nagrywanie filmów i blogowanie, to bardzo atrakcyjna praca. Nie dziwię się frustracji ludzi pracujących w trudnej, stresującej atmosferze, kiepsko wynagradzanym, albo takim, którzy bezskutecznie pracy poszukują. Jeśli przy każdej dyskusji o pracy i zarobkach w internecie pojawia się frazes ‚robię to, co kocham’, ludzie mogą się w końcu zjeżyć. Bo to stwierdzenie jest często interpretowane jako ‚nie pracuję ciężko, bawię się’. Tymczasem w codziennym blogowaniu, czy dodawaniu filmów kilka razy w tygodniu, do tego moderowania sociali i prowadzenia biura (człowiek jest sekretarką własne firmy, a i księgowym bywa), nie ma zbyt wiele z imprezy ani szczególnego funu. Bloger robi to, do czego ma predyspozycje. Nie wystarczy być dobrym makijażystą, by stać się Maxineczką. Trzeba jeszcze luzu przed kamerą, umiejętności pedagogicznych, wiedzy o filmowaniu, montażu, moderowaniu komentarzy… tego miliona spraw, o których nie myśli się słysząc ‚robię to, co kocham’. Bo przecież nikt nie kocha zbierać faktur, robić przelewów do ZUS, odpisywać na dziesiątki maili dziennie, skanować bzdurne dokumenty, ratować zhakowane strony internetowe. Mało spektakularne czynności pozwalają jednak utrzymać działalność w ryzach i sprawiają, że można robić to, co daje satysfakcje i jest komuś potrzebne – malować, rozśmieszać, inspirować. Robić to, za co twórców kochacie Wy. Skąd ta podejrzliwość? Ponieważ tekst liczy sobie już 5 tysięcy znaków, a przy obecnej wielkości tekstu, przeczytanie do końca wymaga nie lada skupienia (pracujemy nad tym – właśnie wdrażamy nowy szablon bloga wygodny do czytania :)), wspomnę tylko, że tekst nie jest absolutnie nagonką na widzów/fanów blogów. Na podejrzliwość czytelników blogerzy zapracowali sami – nie oznaczając dokładnie, co jest wynikiem współpracy, a co stworzyli sami. I też często piszecie o tym w kontekście zarzutów pod adresem blogów/kanałów YT, że wraz z komercjalizacją tracą wiarygodność. Ale to już zupełnie inna historia… Od dzieciństwa powtarzają nam, że tylko przekucie pasji w pracę pozwoli nam cieszyć się wykonywanym zajęciem. W końcu robimy to, co kochamy, co więc mogłoby pójść nie tak? Z własnego doświadczenia wiem, że WSZYSTKO. Miało być tak pięknie Budzisz się rano, i choć za oknem szaro i ponuro, Ty uśmiechasz się do siebie, bo wiesz, że nastał kolejny dzień, który spędzisz wykonując ulubione czynności. Radość sprawia Ci każde wykonane zdjęcie, każdy napisany tekst, zaprojektowane logo, przygotowana reklama, tworzenie raportów pełnych Twoich ulubionych wykresów i tabelek. Bez względu na to, czym jest Twoja pasja, codziennie stawiasz czoła przeciwnościom i z radością wykonujesz swoje obowiązki. Ubolewasz nad losem ludzi, dla których praca to najcięższa z kar. Do czasu. Któregoś dnia budzisz się rano, i choć za oknem świeci słońce, a ciepłe promienie grzeją Twoją skórę, stwierdzasz, że więcej tego nie zniesiesz. Masz dość niezdecydowanych i wybrzydzających klientów, stawania na rzęsach, by chociaż zbliżyć się do stawianych przez nich wymagań, oczekiwania na opłacenie faktur (lub wykłócania się o należne wynagrodzenie), telefonów po godzinach pracy, w weekendy i święta, zleceń na wczoraj. Przychodzi taki moment, że to, co tak kochałaś staje się koniecznością, a po pracy… nie masz już nic. Żadnej odskoczni, która pozwoliłaby zapomnieć o ciężkim dniu. Zaczynasz zazdrościć tym, którzy wracają z pracy i po prostu resetują się robiąc to, co lubią. Ich horror kończy się wtedy, gdy Twój się zaczyna. Kariera związana z pasją Może nazbyt groteskowo przedstawiłam tę sytuację, jednak tak właśnie wspominam pierwsze porzucenie pasji, jaką była fotografia. Pamiętam, że pierwsze zdjęcie wykonałam w wieku 12 lat - przypadkiem strąciłam z biurka starą żarówkę, która rozbiła się na wiele drobnych kawałków w świetle lampki wyglądających zjawiskowo. Szkło błyszczało się jak prawdziwe diamenty i wtedy przeszło mi przez myśl, że muszę to uwiecznić. Od tamtej pory nie rozstawałam się z aparatem, a po szkole średniej zdecydowałam się na szkołę fotograficzną. I to był błąd. Wybranie zawodu związanego z pasją zabiło we mnie miłość do fotografii. Nie jestem pewna, czy to kwestia podejścia nauczycieli, osób, które fotografowałam w ramach zajęć, czy innych uczniów, ale w końcu przestałam czuć radość z tego, że fotografuję. Po prostu zwątpiłam i… przestałam robić zdjęcia zupełnie. Kreatywność nie znosi pustki, znalazłam więc kolejną pasję - grafikę. Szłam w zaparte, bo trzeba robić to, co się kocha. Trzeba i już. Nauczyłam się obsługi najczęściej używanych programów, w pełni poznałam ich możliwości, znalazłam pracę i zderzyłam się z tym, z czym zderzają się chyba wszyscy graficy - klient zawsze wiedział lepiej ode mnie. Za dużo wolnej przestrzeni, więcej czcionek, biały nie jest wystarczająco biały, a w zasadzie to syn kolegi zrobi to lepiej i za darmo. Szybko powiedziałam dość i tej decyzji nie żałuję. Obecnie grafika jest dla mnie dodatkowym źródłem utrzymania i sama decyduję z kim współpracuję, nie muszę godzić się na wszystko, by związać koniec z końcem. Chyba w ten właśnie sposób uratowałam swoją radość z tworzenia. Jak znaleźć złoty środek? Najkrócej rzecz ujmując: podjąć zajęcie, które nie przeszkadza, ale i nie pochłania do reszty. Coś, co się lubi robić, ale ma się do tego raczej obojętny stosunek. Mimo wszystko nie można skazywać się na zajęcie, którego się nie lubi. Wtedy nawet wysokie wynagrodzenie nie sprawi, że będziesz mieć motywację do pracy. Jeśli bezpośredni kontakt z klientem to dla Ciebie dziewiąty krąg piekła, nie zmuszaj się do pracy, która tego wymaga. Ja swoje miejsce znalazłam w mediach społecznościowych. Nie jest to zajęcie, za które bym zabiła, ale też nie czuję, że praca jest dla mnie męką. Owszem, są takie dni, kiedy wydaje mi się, że wykonuję najgorszy zawód świata, ale później siadam do komputera, tworzę posty, widzę reakcje i stwierdzam, że wcale nie jest tak źle;) Na koniec zacytuję jednego z moich szefów: “Do pracy przychodzi się dla pieniędzy, a nie dla satysfakcji”. Może i brutalne, ale po kilku latach na rynku pracy stwierdzam, że prawdziwe. Trzeba być niezwykle upartym, by robić to, co się kocha mimo kłód rzucanych pod nogi. Pytanie tylko - czy warto? “Rób to co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia” – to powiedzenie przypisywane Konfucjuszowi ma w sobie bardzo wiele prawdy. Często jednak zderzamy się z uczuciem, że praca nie sprawia nam radości. Zmuszamy się do robienia czegoś na siłę i nie wychodzi. Obowiązki są dla nas uciążliwe, zabieramy je do domu, co źle wpływa na relacje z bliskimi. Pojawia się stres i frustracja. Nie musi tak być! Dosłownie każdy może żyć i pracować tak, aby odczuwał radość i satysfakcję każdego dnia. To jedna z misji Zengi – pomóc odnaleźć świadomość siebie i nauczyć efektywnego funkcjonowania w galopującym świecie. Życiowa droga jest wybrukowana Twoimi myślami Zostaliśmy nauczeni myślenia i funkcjonowania w określony sposób. Rodzice, następnie szkoła, środowisko rówieśników czy miejsce pracy, wpoiły nam pewne wzorce myślenia i zachowań, nad którymi tak naprawdę nie zastanawiamy się na co dzień. Czasem powodują one problemy i konflikty, ale rzadko prowadzą do refleksji nad sobą. Czy nie masz wrażenia, że w naszym społeczeństwie utarło się wychowywanie przez “NIE!”? “Nie rób tego!”, “nie krzycz!”, “masz szlaban na bajki!”. System zakazów i nakazów chcąc nie chcąc nauczył nas, że tak świat wygląda i “wszyscy tak robią”. To nieprawda! Da się myśleć, działać i żyć inaczej. I nie są to puste słowa, gdyż efekty zmian, które proponuję, oglądałam przez lata na własne oczy. Obserwowałam siebie, swoich bliskich, współpracowników, a potem swoich klientów i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że zmieniając myślenie, da się zmienić swoje życie. Wszystko zaczyna się od samoświadomości. Samoświadomość to nic innego, jak spojrzenie w głąb siebie, aby odpowiedzieć sobie na pytania: co mnie motywuje? Po co robię to, co robię? Co jest takiego, w czym jestem naprawdę dobry i daje mi to radość? A w czym wcale nie jestem dobry i nie mam zamiaru nigdy być? Te pytania wydają się bardzo trywialne, ale są znacznie istotniejsze, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. Jeżeli nie zrozumiesz siebie, mechanizmów swojego myślenia, pewnych zakodowanych w Twojej naturze reakcji i odruchów, nie uda Ci się zrozumieć innych ludzi i skutecznie się z nimi komunikować. Samoświadomość – co to jest i po co mi to potrzebne? Przeprowadzając rozmowy kwalifikacyjne zauważyłam, że kandydaci bardzo często mają problem z jasnym wskazaniem, w czym są dobrzy i jakie są ich mocne strony. Niska samoocena, brak przekonania do własnych możliwości, ciągłe wątpliwości – to popularne konsekwencje braku samoświadomości. Nakreśliłam, na jakie pytania trzeba sobie odpowiedzieć na drodze do świadomości siebie. Teraz postaram się przybliżyć, co możesz osiągnąć na końcu tej drogi. Samoświadomość można rozumieć jako rodzaj relacji z samym sobą. Pozwala podejść do siebie, jak do najbliższego przyjaciela – z wyrozumiałością, cierpliwością i akceptacją. Samoświadomość to uświadomienie sobie, że jestem taki, jaki jestem – niedoskonały, popełniający błędy, ulegający słabościom – i że jest to kompletnie naturalne! Pracując nad swoją samoświadomością, nauczysz się dostrzegać siebie z zupełnie innej perspektywy. Nie przez pryzmat swoich ograniczeń, ale przez pryzmat potencjałów i talentów, które masz. Dowiesz się, że można żyć i pracować doceniając siebie i swój wysiłek każdego dnia, a nie karząc się za drobne niedociągnięcia. Einstein miał kiedyś powiedzieć, że “gdyby rybę oceniać pod kątem umiejętności skakania po drzewach, przeżyłaby życie ze świadomością, że jest bezużyteczna”. A ryba potrafi przecież oddychać w wodzie i pływać jak żadne inne stworzenie! Z ludźmi jest dokładnie tak samo. Jeśli w wolnym czasie piszesz wiersze, być może praca analityka w banku to nie jest dobry kierunek. A jeżeli odczuwasz satysfakcję ze świetnie ułożonego domowego budżetu i dokładnie przemyślanej listy zakupów, praca z tabelkami i liczbami to coś właśnie dla Ciebie. Pracując nad samoświadomością nauczysz się czuć się dobrze we własnej skórze i wybrać taki kierunek pracy i rozwoju, który będzie dawał ci nie tylko pieniądze, ale też głębokie poczucie satysfakcji i wdzięczności do siebie. Tak wiele osób męczy się i frustruje, gdyż wykonuje zajęcia, których nie chcą wykonywać, nie potrafią robić tego sprawnie, a przez to nie zarabiają na tym dużo. Twoje zarobki są bezpośrednią wypadkową tego, czy w głębi siebie naprawdę chcesz robić to, co każe Ci przez pięć dni w tygodniu wstawać z łóżka ze słońcem? Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia Droga do samoświadomości bywa trudna, wiem to z własnego doświadczenia. Zwykle jesteśmy do pewnego stopnia pogodzeni z tym “jak jest”, funkcjonujemy w otoczeniu, które jest bierne i z dnia na dzień zmagamy się z tymi samymi trudnościami. Miewamy zrywy do zmiany: “od poniedziałku”, “od urodzin”, “od nowego roku”, ale szybko dochodzi do wypalenia i życie wraca na swoje koleiny. Budowanie samoświadomości to proces, który nigdy się nie kończy. Jednostka ludzka nie jest raz na zawsze ukształtowanym bytem, ale “staje się” nową wersją siebie pod wpływem różnych bodźców i impulsów. Jeśli czujesz, że potrzebujesz takiego bodźca, że chcesz zmiany w swoim życiu, ale potrzebujesz w tym pomocy – to właśnie Ty jesteś sensem mojej pracy. Chcę, żeby każdy człowiek trzymał w rękach wodze swojego życia i świadomie prowadził je w takim kierunku, który uzna za słuszny. Jestem przekonana, że dosłownie każdy może być świetnym, wartościowym pracownikiem, jeśli będzie wykonywał pracę zgodną ze swoimi potencjałami, talentami i motywacjami. Chcę i potrafię wydobyć na światło dzienne Twój potencjał i talenty, aby służyły Tobie, Twoim bliskim i współpracownikom. Razem znajdźmy to, w czym jesteś naprawdę dobry! Poznaj siebie, swoje mocne strony i naucz się, jak wykorzystać tą wiedzę do rozwoju siebie jako jednostki, swojej kariery zawodowej i relacji z otoczeniem. Sprawdź, w jaki sposób pracuję i czego możesz ode mnie oczekiwać klikając TUTAJ. Jeśli dotarłeś do tego miejsca i czujesz, że “to może być to”, nie wahaj się i zadzwoń do mnie. Razem zrealizujemy Twoje cele! Na szkoleniach rozwojowych słyszałem to zdanie nie raz: Znajdź coś, co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego podobno Wystarczy, że ktoś jest wypalony zawodowo, ma dość, wątpi w sens, przygniata go stres. Kiedy tak postawione zadanie do wykonania, trafi na odpowiednią osobę, katastrofa gotowa. Skaczemy! Dopiero kiedy odbijemy się od bezpiecznej, znanej i stabilnej skały, przychodzi otrzeźwienie. Czy zabraliśmy spadochron? Jak może wyglądać zderzenie z rzeczywistością? Ania. Prawdziwa historia. Wiele lat pracy w korporacji, od podstawowych stanowisk księgowych, jeszcze na studiach, po zarządzanie niewielkim zespołem w międzynarodowych projektach. Jak w księgowości, luźniejsze dni poprzeplatane z trudniejszymi. Zaczęło się od kilka kiepskich tygodni, trafił się ciężki klient, niedowiezienie obiecanych efektów na czas. Zniknęły premie, powiało chłodem finansowym. Atmosfera gęstniała z każdym dniem. Pracy, zastępstw i nadgodzin było coraz więcej, pensji jakby coraz mniej. Ze słabszych tygodni zrobił się długi kryzys w coraz mniejszym zespole. Rozsądna i poukładana Ania po jednym ze szkoleń (mających uratować jej zespół) nagle postanowiła rzucić pracę i za wszystkie oszczędności otworzyć firmę, o której zawsze marzyła: akademię gotowania. Początki były piękne. Ania wyraźnie odżyła. Dużo wrzucała na media społecznościowe. Z czasem okazało się, że zdobywanie klientów wcale nie jest takie proste. Że co miesiąc trzeba zapłacić rachunki i ZUS. Że klientom pasują godziny po ICH pracy, co oznacza, że trzeba prowadzić zajęcia do 21, czasem 22. Klient jest zadowolony, idzie do domu, a Ania zabiera się za sprzątanie sali. O dodatkowym personelu nie ma mowy, bo z przychodów po pokryciu ZUS nie starcza jej na ratę kredytu, z którego kupiła wyposażenie. Ukochane gotowanie z tygodnia na tydzień staje się coraz większym koszmarem. Ania zamiast cieszyć się swoją pasją, czuje że trafiła z klatki korporacji do klatki, którą sama sobie zbudowała. Już nie lubi gotować, chociaż nadal jest w swojej klatce. I dorabia w ciągu dnia zleceniami księgowymi w biurach rachunkowych. Jarek. Prawdziwa historia. Jarka znam jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Zawsze mieliśmy jednocześnie akwaria, wymienialiśmy się rybami. Obu nas fascynował podwodny świat. Jarka jednak na tyle, że na pierwszym roku studiów został instruktorem nurkowania. Zazdrościliśmy mu wszyscy. Nas było stać dwa razy w roku na jeziora Pomorza, a Jarek nurkował sobie w centrach nurkowych w Egipcie i w Tajlandii. I jeszcze ktoś sfinansował mu szkolenie, zatrudnił i chciał za to płacić! Wieczne wakacje! Przynajmniej z naszej perspektywy. Kiedy niedawno spotkaliśmy się w Warszawie, Jarek wyglądał jakby postarzał się o kilkanaście lat. Już nie nurkował. Zgorzkniały, opowiedział mi przy „bezalkoholowym” jak przyszedł kryzys w branży, jak rynek zaczęli przejmować ludzie z Azji (gotowi za kilka dolarów na naruszenie każdej zasady i przekraczanie granic bezpieczeństwa). Jak przerzucali go z bazy do bazy, mieszkał przez dwa lata na walizkach. Czy czuł się dobrze, czy gorzej: Są klienci? To trzeba zrealizować zlecenie! Siódme nurkowanie w tym dniu? Klient płaci, klient wymaga, Jarek nurkuje. Czarę goryczy przelała kłótnia, kiedy szef bazy chciał go zmusić do nurkowania z grypą i gorączką. Dzisiaj Jarek ciągle kręci się gdzieś blisko biznesu nurkowego (jak sam o sobie mówi, nic innego nie umie), ale wody poza prysznicem unika… jak ognia. Nie nurkuje nawet dla siebie. Z wielkiej pasji, z zachwytu kolorami, rybami i rafami, zrobiła się wielka katastrofa. Mógłbym przytoczyć tutaj jeszcze co najmniej kilkanaście podobnych historii: Marek, który prowadzi szkółkę judo, ale od dawna nie wychodzi na matę i co kilka tygodni leczy inną kontuzję z dawnych lat. Bartek, który wymyślił sobie pracę na morzu, zaczął od pracy przy połowie krewetek, skończył na przeprowadzaniu jachtów. Dzisiaj nigdzie nie jest szczęśliwy. Na morzu tęskni za lądem, rodziną i normalnym życiem. Na lądzie (to cytat z Bartka) „w dwa dni po powrocie do domu zaczynam czuć gwoździe w d*** i chcę znowu płynąć”. Z pasji żeglarskiej zrobiła się ciężka, codzienna praca. Kochana nadal i znienawidzona jednocześnie. W sumie Bartek jest jedynym wyjątkiem, bo wśród tych historii, on jeden ma ze swojej pracy może nie kokosy, ale jakieś tam realne przychody. I wciąż kocha morze, chociaż jest to jakaś taka toksyczna miłość. Co można było zrobić lepiej? Po pierwsze: Oddzielenie pasji i hobby od pracy. Kochanie czegoś, a predyspozycje, to dwie zupełnie różne sprawy. O odkrywaniu predyspozycji napiszę w najbliższym czasie. Po drugie: Model biznesu. Nawet robiąc to co kochamy, dobrze byłoby nie robić tego „społecznie”, czyli jednak coś na tym zarobić. Bez odpowiedniego modelu, wyróżnienia się, bez śledzenia zmian rynku, bez budowania zaufanego i sprawdzonego zespołu – raczej nie powinno się udać. Wyjątki są nieliczne i tylko potwierdzają regułę. Po trzecie: Fajnie mieć pasję, ale biznes da się zrobić tylko z pasji, która ktoś podziela, z pasji i działań za które ktoś nam zapłaci. Jeżeli moja pasja nie rozwiązuje czyjegoś problemu, nie wnosi nic do życia mojego potencjalnego klienta, to niestety, biznesu z tego nie będzie. Więcej o grzechach śmiertelnych naszych działalności dowiesz się z jednego z nadchodzących webinarów – tylko dla subskrybentów newslettera. Zapisz się, a powiadomienie o terminie otrzymasz na swojego maila. Po czwarte: Jeżeli z pasji zrobisz swój biznes, to nigdy już nie będzie tylko pasja. Dojdzie masa innych obowiązków (papiery, formalności, marketing). Coś przy czym do tej pory odpoczywałeś, zacznie zajmować większość twojego dnia. Jeżeli mądrze poukładasz biznes, będzie tak tylko na początku. Jeżeli utkniesz na początkowym etapie, ucierpisz ty, pasja i firma. Zatrzymanie się z zaangażowaniem w swoją pasję na poziomie hobbystycznym świetnie podsumowuje przysłowie, które usłyszałem na spotkaniu biznesowym w Azji: Angażuj się w swój biznes jak w swoje hobby, a przyniesie ci tyle pieniędzy, co nieznany Jest wiele przeczy które kocham i może nawet niektóre mógłbym wykonywać zawodowo: Cieszyć się z nurkowania – kiedy nurkuję, bo chcę. Cieszyć się z każdego dnia pod żaglami. Z założonego akwarium – dla siebie, nie dla klienta. Z napisanego dla siebie algorytmu, strony czy bazy danych. Mógłbym, ale wolę jednak zostać przy pasji. Zrób z tego co kochasz biznes… w nie

rób to co kochasz a nie przepracujesz ani jednego dnia